Plany zamienienia zboczy Szyndzielni i Dębowca w narciarską mekkę są imponujące, ale na razie na planach się kończy. Także podczas zbliżającej się zimy sytuacja nie ulegnie zmianie. Ale bielski ratusz zapewnia, że zrobił ważny krok na drodze do realizacji narciarskich zamierzeń.

Plan narciarskiej potęgi Bielska-Białej w dużym skrócie wygląda następująco. Na Dębowcu i Szyndzieli (w dalszej przyszłości także na Klimczoku) powstaną atrakcyjne trasy narciarskie z nowoczesnymi i wygodnymi wyciągami. A towarzyszyć im będzie infrastruktura gastronomiczna i komunikacyjna, na którą złożą się pojemne parkingi oraz wygodny dojazd nie tylko aleją Armii Krajowej, ale i ulicą Karbową. Jednym z magnesów tej bielskiej stacji narciarskiej miałaby być przywrócona do życia Sahara - stok dla wymagających i sporo potrafiących narciarzy.

Plan jest ambitny, ale ma jedną istotną wadę - od lat jest tylko planem. A co najciekawsze, wygląda na to, że na przeszkodzie do jego realizacji nie stoją wcale - jak to często w takich sytuacjach bywa - kwestie finansowe. - Pieniądze to w tym przypadku akurat najmniejszy problem, bo jest aż kilka źródeł finansowania tego przedsięwzięcia. Pierwsze z nich, bardzo poważne, to fundusze unijne. Na inwestycje turystyczne w Beskidach Bielsko-Biała oraz inne samorządy uczestniczące w tym projekcie mają przyznane około czterdziestu milionów euro. Po drugie, plan narciarsko-turystycznych inwestycji w rejonie Dębowca i Szyndzielni budzi duże zainteresowanie prywatnych inwestorów, którzy widząc w tym dobry interes, chcą uczestniczyć w tym przedsięwzięciu. Wreszcie po trzecie, gdy będzie taka potrzeba, w miejskim budżecie też z pewnością znajdą się jakieś środki na ten cel - mówi Tomasz Ficoń, rzecznik prasowy Urzędu Miejskiego w Bielsku-Białej. Skoro więc problemem nie są pieniądze, to co nim jest?

Okazuje się, że ością w gardle pomysłodawcom turystyczno-rekreacyjnego zagospodarowania zboczy Szyndzielni i Dębowca stoją kwestie formalnoprawne. Najpierw, o czym dokładnie informowaliśmy, psikusa bielskim władzom spłatali rządowi urzędnicy od ochrony środowiska, którzy tereny pod planowane inwestycje wpisali do ekologicznego programu Natura 2000. Tym samym plan budowy stacji narciarskiej w Bielsku-Białej stanął pod dużym znakiem zapytania. Ratuszowi udało się jednak przekonać stołecznych urzędników do zmiany stanowiska.

Ale na tym nie koniec problemów. Gospodarzem większości terenów, po których szusować mają narciarze i na których stanąć mają nowe wyciągi, nie jest gmina Bielsko-Biała, lecz Lasy Państwowe. Dotąd - jak informują przedstawiciele bielskiego samorządu - rozmowy z nimi na temat narciarsko-turystycznych planów szły jak po grudzie. Ale niedawno sytuacja uległa zmianie. - Po ostatnich dwóch spotkaniach z przedstawicielami Lasów Państwowych mamy ich zapewnienie, że pójdą miastu na rękę w kwestii planowanych inwestycji i pomogą na tyle, na ile mogą. To ważny krok na drodze do realizacji planu zagospodarowania zboczy Szyndzielni i Dębowca, bo bez pozytywnego stanowiska gospodarza terenu byłoby to trudne, czy wręcz niemożliwe - mówi Tomasz Ficoń.

Nadal jednak nie wiadomo, kiedy ruszyć może oczekiwana przez wielu bielszczan inwestycja. Do pokonania jest bowiem jeszcze kilka przeszkód. Na przykład przyjęcie planu zagospodarowania tego terenu w formie umożliwiającej jej realizację. Bielskie władze podkreślają jednak, że co prawda tam, gdzie mają związane na razie ręce, działać nie mogą, ale tam, gdzie jest to możliwe, starają się przynajmniej częściowo wypełniać nakreślony przed laty plan.

W przyszłym roku ruszyć ma gruntowna modernizacja wiodącej pod Dębowiec ulicy Karbowej. Przedstawiciele ratusza nie kryją, że jednym z głównych powodów tej drogowej inwestycji są właśnie plany narciarsko-turystyczne.

/hos/ KRONIKA BESKIDZKA