Niedawno bielscy ekolodzy wyjeżdżali na Suwalszczyznę, aby bronić ojczystej przyrody przed cywilizacją. Dziś wygląda na to, że dzięki planom ratusza będą mogli zaoszczędzić na biletach. Aniśmy się obejrzeli, jak beskidzka Rospuda wyrosła nam za oknami, zaś jej nienaruszalności chroni nadleśnictwo. Co o tej wrażliwości powie kasjer z Brukseli?

Góry są naszym skarbem narodowym. Ta dość banalna konkluzja jest źródłem konfliktu miedzy władzami miasta i leśnikami. Każdy pojmuje ją na swój sposób, akcentując inne korzyści wynikające z istnienia skarbu. Że nie muszą one być ze sobą sprzeczne, udowadniają Słowacy, którzy z powodzeniem budują coraz to nowe stacje narciarskie po swojej stronie Beskidów. Bo na południe od Cieszyna kasa nie kłóci się z przyrodą. U nas musi być inaczej.

Konfliktu nie trzeba długo szukać. Od paru lat wojewoda małopolski oraz minister ochrony środowiska blokują inicjatywę samorządów kilku gmin położonych w Beskidzie Sądeckim, której celem jest budowa dużego ośrodka sportów zimowych. Powołany przez gminy komitet społeczny chciałby połączyć kolejkami linowymi istniejące oraz planowane stoki narciarskie w rejonie Muszyny, Krynicy i Wierchomli. Najważniejszą inwestycją jest jednak budowa kolejki z muszyńskiego Szczawnika na Jaworzynę Krynicką, dokąd od paru ładnych lat kursują gondole z Krynicy.

Samorządy i popierający tę inicjatywę nowosądeccy biznesmeni przekonują, że nowy ski resort ożywi ruch turystyczny i zapewni miejsca pracy dla 2 tys. osób. Sęk w tym, że administracja rządowa uważa ów projekt za całkowity sprzeczny z przepisami o ochronie przyrody. W roli strażnika prawa występuje w tej sprawie dyrektor Popradzkiego Parku Krajobrazowego, który w trosce o beskidzki las zakwestionował gminny plan zagospodarowania przestrzennego Muszyny. W sukurs przyszli mu ekolodzy i leśnicy. Budowa więc stoi, a komitet grozi akcją protestacyjną z wizytą w Warszawie włącznie.

Podobny scenariusz konfliktu grozi Podbeskidziu. Diamentem w koronie Beskidu Śląskiego jest Szyndzielnia, którą łączy z Bielskiem ponad 1800 metrów kolei linowo – gondolowej. W rejonie tym działają tylko dwa wyciągi orczykowe - na Dębowcu i Klimczoku, o długości niespełna pół kilometra każdy. Ponadto przy schronisku na Szyndzielni dzieci cieszą się z krótkiego wyciągu talerzykowego. Kto chce pojeździć dłużej, musi wybrać się do Szczyrku lub dalej. Wraz z nimi odjeżdża większa kasa.

Jakiś czas temu bielski samorząd uparł się, aby tę kasę zatrzymać. W czteroletnim planie inwestycyjnym na lata 2007-2010 znalazł się więc zapis o potrzebie wzrostu atrakcyjności turystycznej miasta w oparciu o istniejącą kolej gondolową. W tym celu przewidziano m.in. wytyczenie i przygotowanie nowych tras narciarskich, powstanie infrastruktury pod kolej krzesełkową i wyciągi talerzowe, budowę sieci energetycznej, oświetlenie stoków, naśnieżanie stoków wraz z ratrakami czy budowę parkingów i zaplecza gastronomicznego w rejonie Dębowca, Klimczoka i Szyndzielni.

Inwestycja kosztować ma łącznie ponad 50 mln zł, z czego 42 mln pochodzą z dotacji UE. Projekt jest częścią szerokiej koncepcji rozwoju bazy turystycznej Subregionu Południowego, realizowanej w partnerstwie przez nasze miasto i powiat bielski oraz powiaty żywiecki i cieszyński. Bruksela dała na tę realizację 40 mln euro, z czego czwartą część otrzyma Bielsko-Biała.

Otrzyma albo i nie, gdyż przed rokiem rejon Szyndzielni i Dębowca uznano za obszar cenny pod względem przyrodniczym i z tego tytułu został on wpisany do programu ochronnego Natura 2000. Pomysł jest korzystny dla europejskiej fauny i flory, ale jego realizacja znacznie utrudnia przeprowadzanie każdej inwestycji w naszych górach. Jak z podobnymi problemami poradzili sobie ekolodzy w słynnych stacjach narciarskich Europy – np. w austriackiej Karyntii lub włoskich Dolomitach? Efekt jest w każdym razie taki, że góry są nadal piękne, a z wyciągów na ich zboczach korzystają co roku miliony turystów.

W konsekwencji ekologicznej nobilitacji bielskiego pasma gór wycięcie paru drzew wymaga karkołomnych zabiegów biurokratycznych. Tymczasem aby plan inwestycyjny ratusza był realny, trzeba wyrąbać 40 hektarów lasu porastającego zbocza. Do dziś nadleśnictwo zgodziło się na ścinkę ledwie połowy drzewostanu, co pozwoli wyłącznie na przedłużenie już istniejącej trasy przeznaczonej dla wytrawnych narciarzy oraz budowę paru nowych wyciągów. W tej sytuacji zahamowany zostanie rozwój  turystyki masowej w regionie, a kasjer w Brukseli może zacząć grymasić. Brylantu na pewno nie będzie.

Wedle ratuszowego planu, jeszcze w tym roku szlifowanie diamentu w koronie Beskidów kosztować ma 1,6 mln zł. Trudno powiedzieć czy inwestycja na wpół zamkniętym placu budowy ma jakiś sens poza przyrodniczym. Czy w ślad za Nowosądecczyzną czeka nas więc akcja protestacyjna bielskich zwolenników nowego ski resortu? W całym tym przedsięwzięciu chodzi przecież o to, aby to Warszawa przyjeżdżała w Beskidy. A nie odwrotnie.

Autor tekstu i zdjęć: Robert Kowal