Od kilku tygodni obowiązuje znowelizowana ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych. Jak dotąd najwięcej emocji wzbudził ten jej zapis, który umożliwił dosłownie za kilka złotych nabycie na własność lokatorskiego dotąd mieszkania. Ale w zapisach ustawy kryje się też pułapka, w którą wpaść mogą mieszkańcy wielu spółdzielczych bloków. Konkretnie tych, które dotąd stoją w kolejce po gruntowny remont.

Zmieniona ustawa o spółdzielniach mieszkaniowych wśród wielu nowych zapisów zawiera i taki, który mówi, że koszty poszczególnych nieruchomości wchodzących w skład zasobów spółdzielni, należy rozliczać osobno. Osobno mają też być gromadzone pieniądze pochodzące z czynszów w poszczególnych nieruchomościach. Czyli - jak mówią przedstawiciele podbeskidzkich spółdzielni - od sierpnia trzeba dla każdej nieruchomości robić osobny bilans wpływów i wydatków.

Zapis ten pojawił się w ustawie nieprzypadkowo. Jego inicjatorom chodziło o to, aby spółdzielcy bardziej interesowali się sprawami ich dotyczącymi i mieli większy wpływ na ponoszone przez siebie wydatki. Przykładowo, jeśli lokatorzy jednego bloku dbają o czystość klatek schodowych i wind, to nie ma żadnego powodu, aby składali się na częste naprawy w innym bloku, w którym wandalizm i dewastacje są na porządku dziennym. Ale ta zmiana - z pozoru racjonalna - kryje w praktyce wielką pułapkę. Otóż dotąd kwestie remontów i termomodernizacji w spółdzielniach wyglądały w skrócie tak, że wpłaty wnoszone przez lokatorów na ten cel w czynszu szły do wspólnego worka, a organy spółdzielni ustalały listę budynków przeznaczonych na przykład do termomodernizacji. I potem, zgodnie z ustaloną listą, ocieplano i malowano kolejne bloki. Sęk w tym, że proces ten nie dobiegł jeszcze końca. W większości spółdzielni są bowiem bloki już odnowione i ocieplone oraz takie, które na swoją kolej jeszcze czekają. I teraz znowelizowana ustawa mieszkańców budynków dopiero mających przejść gruntowne odnowienie, postawiła w bardzo nieciekawej sytuacji. Oni przez całe lata w ramach czynszu składali się na termomodernizację okolicznych budynków w przekonaniu, że z czasem cała spółdzielnia złoży się na remont ich bloku. Ale teraz każda nieruchomość ma być rozliczana osobno, więc o dalszym istnieniu wspólnego, remontowego worka, mowy nie ma! Mieszkańcy niewyremontowanych bloków ze swoim problemem zostają więc sami. Po prostu muszą sobie w ramach funduszu remontowego uzbierać na kosztowną termomodernizację.

W dużo lepszej sytuacji są mieszkańcy już odnowionych domów. Ich budynki kosztowny remont mają już za sobą i teraz mogą gromadzić fundusze remontowe na poczet inwestycji, które konieczne okażą się dopiero w przyszłości. - Ten przepis jest idiotyczny, niesprawiedliwy i krzywdzący ludzi - mówi nie kryjąc oburzenia Wacław Beck, prezes spółdzielni Podgórskiej w Bielsku-Białej. Jego zdaniem efektem tej zmiany prawa będzie postępująca techniczna degradacja spółdzielczych bloków, które dotąd z reguły zmieniały się na lepsze.

Identyczną opinię ma na ten temat Jerzy Rusin, prezes Karpackiej Spółdzielni Mieszkaniowej w Bielsku-Białej. - To problem numer jeden tej ustawy, który niszczy solidarność spółdzielczą i jest bardzo niesprawiedliwy dla tych, którzy mieszkają w budynkach dopiero czekających na zmodernizowanie. Jeśli ten zapis ustawy nie zostanie zmieniony, to będzie tragedia - mówi Jerzy Rusin.

Obaj prezesi podkreślają, że teoretycznie, zgodnie z literą prawa, spółdzielnie już w momencie wejścia w życie ustawy powinny zastopować realizowane obecnie inwestycje finansowane ze wspólnego, spółdzielczego worka finansowego. Nie robią tego jednak, kierując się zdrowym rozsądkiem. Rozwiązanie umów oznaczałoby bowiem konieczność wypłacenia wykonawcom wysokich odszkodowań i naraziło spółdzielnie na straty. Z duszą na ramieniu spółdzielcze władze realizują więc te inwestycje, które rozpoczęły przed wejściem w życie ustawy, ale to wszystko. O nowych inwestycjach na razie nikt nie myśli.

- Sprawa ma jeszcze jeden, bardzo istotny aspekt. Przykładowo na którymś z bloków naszej spółdzielni został poważnie uszkodzony dach, a jego naprawa to wydatek rzędu powiedzmy stu tysięcy złotych. Dotąd nie było z tym żadnego problemu. Były pieniądze z odpowiedniej puli i natychmiast po uszkodzeniu ekipa remontowa mogła ruszać do pracy. A teraz co będziemy mieli zrobić? Powiedzieć mieszkańcom tego bloku - przykro nam, ale państwa blok ma odłożone na remonty dopiero trzydzieści tysięcy złotych, a ta naprawa jest trzy razy droższa. To przecież absurd - mówi szef spółdzielni Podgórskiej.

Sprawa ma też wymiar indywidualny. Mieszkania w odnowionych blokach sprzedają się lepiej i za lepsze pieniądze niż w blokach dopiero czekających na modernizację. Jeśli blok wymagający docieplenia czy gruntownego remontu, z powodu braku funduszy nie będzie się mógł takiej inwestycji doczekać przez długie lata, jego mieszkańcy sprzedając swoje mieszkanie, boleśnie odczują ten fakt w swoich kieszeniach.

Choć obaj prezesi bielskich spółdzielni mieszkaniowych uważają, że zmiana tego zapisu znowelizowanej ustawy jest konieczna, nie mają złudzeń, że stanie się to szybko. Kto bowiem w obecnym, rozpalonym do czerwoności przez polityczne spory sejmie ma czas zajmować się czymś tak mało istotnym z punktu widzenia wielkiej polityki, jak prawo spółdzielcze?

Tekst i foto: Sławomir Horowski - KRONIKA BESKIDZKA