Co druga osoba występująca dziś do bielskiego ratusza o zgodę na działalność gospodarczą deklaruje, że chce handlować. Ale w branży nie jest lekko. Współczesną bitwę o handel przegrywają ci ,którzy nie potrafią poskromić apetytów. Tak jak „Tesco” przy ulicy Grunwaldzkiej, gdzie w pełni sezonu ogórki długie są dziesięć razy droższe niż u konkurencji. Panie i panowie, strzeżcie się tych miejsc!

Statystyka prowadzona przez Urząd Miejski w Bielsku – Białej jest zdumiewająca. Wynika z niej, że z górą co trzecie przedsiębiorstwo funkcjonujące w naszym mieście zajmuje się handlowaniem. Przychody sklepów co prawda powoli spadają, lecz nie zmienia to faktu, że na mapie bielskiej przedsiębiorczości  handel jest potęgą. Dodajmy – potęgą szmacianą.

Ten mało elegancki tytuł wynika ze specjalności branży. Duża część sklepów bowiem zajmuje się obrotem używana odzieżą. Sabina Dutka – Behrendt, zajmująca się w ratuszu ewidencją działalności gospodarczej nie potrafi powiedzieć ile jest w mieście tzw. second handów. – Na pewno dużo, zwłaszcza na osiedlach peryferyjnych. Ale w centrum ich nie ma. Wkrótce po tej rozmowie, idąc ulicą Cieszyńską, na dystansie dwustu metrów naliczyliśmy cztery sklepy z używanymi ciuchami.

Jeśli rację ma miejski urzędnik i Cieszyńska leży na przedmieściach, przyznać trzeba ze smutkiem, że naszemu miastu dalej do wielkich aglomeracji niż pierwej myśleliśmy. Albowiem tak się składa, że salony z odzieżą z drugiej ręki znajdują się przy najbardziej eleganckich ulicach światowych metropolii. W Nowym Jorku, Londynie, Rzymie. A ich adresy znaleźć można w znanych  bedekerach.

W Dublinie, stolicy państwa gwałtownie bogacącego się, second handy działają w wielu reprezentacyjnych rejonach city. W dwóch leżących nieopodal salonach sieci „Pennies” panuje zawsze duży ścisk. Nic dziwnego. Damskie letnie spodenki renomowanej firmy można kupić na 1 euro, bluzkę za dwa, a wytworną piżamkę za siedem. Towar jest „prawie nowy”. W sąsiedztwie znajduje się jeden z domów handlowych sieci „Chapters”, gdzie kupimy prawie nowe książki. W koszach wystawionych na pierwszym piętrze można odnaleźć bestselery Grishama i Ludluma. Cenę obniżono z ponad 15 euro do jednego!

Podobne mechanizmy rynkowe zaczynają wchodzić do bielskich sklepów z używaną odzieżą. Wprawdzie nie są to jeszcze wielkopowierzchniowe salony z długonogimi hostessami, ale z wolna zapożyczamy w tej branży zasady wielkoświatowego kupiectwa. Tandetą i starzyzną cuchnie zazwyczaj z piwnic, gdzie wiekowa i zużyta odzież sprzedawana jest z kartonów. Jak kartofle – na kilogramy. Natomiast w placówkach przeznaczonych dla lepszej klienteli ubrania bywają także ważone, lecz są eksponowane na wieszakach. Lepsze, niezniszczone egzemplarze sprzedawane są na sztuki. Niektóre z nich posiadają nawet firmowe metki likwidowanych właśnie salonów z ekskluzywną nową odzieżą.

Do każdego z siedmiu second handów sieci „Monika” nowy towar przywożony jest co dwa tygodnie w środę. Wtedy ciuchy są najdroższe, bo kilo nawet najbardziej atrakcyjnych pod względem jakości ubrań kosztuje 30 zł. Na dzień przed dostawą kolejnego asortymentu cena spada do 10 zł. Dwie placówki sieci, na osiedlu Kopernika i przy ulicy Matejki reklamowane są nawet jako te, w których za kilo odzieży nie zapłacimy więcej niż...złotówkę.
Podobnymi prawami rządzi się handel w śląskiej sieci „Genesis”. Aby to sprawdzić, osobiście pomyszkowaliśmy między regałami bielskiego sklepu przy Cieszyńskiej. Nowy towar trafia na wieszaki co tydzień, w środę. Tego dnia i przez dwa następne każdy artykuł kosztuje 7,5 zł. Później cena spada do 5 zł, a w przeddzień kolejnego przyjęcia towaru fatałaszki schodzą po złotówce.
 
Ekspedientka obsługująca klientów przekonuje, że każdy taki zabieg per saldo się opłaca. Towar po obniżonych cenach rozchodzi się prawie w całości, a na zwolnione półki trafia nowy. Wśród markowej odzieży znajdujemy nowe lub niemal niezniszczone ubrania od Zary i Mexxa, a także St. Bernard, H&M czy C&A. Nam udało się zdobyć nowiutką skórzaną torebkę damską od Marksa&Spencera, wyprodukowaną w Indiach. W kasie zostawiliśmy 10 zł.
Światowa jakość i krajowe ceny. Trudno się więc dziwić, że spotkać tutaj można nie tylko osoby mniej zamożne, ale ludzi naprawdę nieźle sytuowanych. Tłoczno jest zwłaszcza w dniach dostaw i po obniżkach. Wśród klientów trafiają się także handlarze z pobliskiego targowiska przy Studiu Filmów Rysunkowych, którzy następnie z zyskiem odsprzedają ciuszki na straganie. Ostatnio ktoś skorzystał ze ścisku i ukradł dwie damskie bluzeczki, choć kosztowały ledwie po złotówce.

Na tle tego szmacianego wielkiego świata skansenem kupiectwa wydaje się pozostawać nieodległy sklep „Tesco” przy Grunwaldzkiej. Za kilo ogórków długich płacimy tam w pełni sezonu blisko 10 zł, czyli dziesięć razy więcej niż w konkurencyjnym „Auchan”(rachunek do wglądu u autora). Gdy następnego dnia po zakupach prosimy kierowniczką marketu o potwierdzenie paskarskiej ceny, ta okazuje nam odpowiedni kod w firmowym komputerze. Wygląda więc na to, że placówka utrzymuje się jeszcze na rynku głównie dlatego, że klienci niezbyt poważnie traktują spoty reklamowe tej sieci.

Autor tekstu i zdjęć: Robert Kowal