Lekarz na państwowej posadzie zarabia w naszym kraju mniej niż robotnik układający asfalt na autostradzie. Trudno jednak przypuszczać, aby największa nawet podwyżka pensji mogła zmienić negatywne opinie o tym środowisku, jakie są udziałem części bielskich pacjentów. Na szacunek społeczny słudzy Eskulapa muszą zapracować sami, ale wielu z nich po prostu się leni.

Na początku sierpnia przez pół Podbeskidzia i Małopolski przejechała karetka pogotowia z niecodziennym pacjentem. Wraz z nim w pudle z lodem jechał penis, którego ów mężczyzna obciął sobie kozikiem w jakimś akcie desperacji. Po dwugodzinnej podróży chory trafił na stół operacyjny w Wojewódzkim Szpitalu Specjalistycznym im. Rydygiera w Krakowie. Przez siedem godzin zespół medyków i pielęgniarek przyszywał ważny narząd mieszkańcowi Suchej Beskidzkiej. Wreszcie chirurdzy z dumą obwieścili, że góral będzie władał swoją męskością z 80 proc. sprawnością.

Sukces krakowskich lekarzy wynikał z dwóch przesłanek. Po pierwsze, pacjent trafił pod skalpel w stosunkowo krótkim czasie po amputacji. Po wtóre, w szpitalu akurat przebywała pani doktor, która specjalizuje się w mikrochirurgii, a na co dzień w innej lecznicy ratuje zdrowie dzieci – ofiary różnych wypadków cywilizacyjnych.

Świadkowie owego niecodziennego zdarzenia twierdzili, że tylko cudem  konwój z Suchej przedarł się przez liczne o tej porze korki na ulicach Krakowa. Zamiast przesiąść się do karetki lub radiowozu policyjnego, lekarka nie chciała bowiem rozstać się ze swoim nowiutkim mercedesem coupe ze skórzanymi siedzeniami. Jak powszechnie wiadomo, nawet kosztowne auto nie może korzystać z prawa pierwszeństwa przejazdu przysługującego pojazdom uprzywilejowanym. Niezależnie od tego, jak sprawne dłonie trzymają kierownicę.

Ambulans skierowano do Małopolski, chociaż na drodze jego przejazdu znajdował się Szpital Wojewódzki w Bielsku – Białej. W placówce trwała właśnie akcja strajkowa, ale w nagłych przypadkach lekarze wracali do łóżek chorych.  Nasi medycy nie zostali jednak nawet poinformowani o misji karetki z  góralem i niecodzienną przesyłką, gdyż bielska placówka jest w ogóle nieprzygotowana na takie zabiegi mikrochirurgiczne. W niedawnej przeszłości dokonano tutaj wprawdzie  reinplantacji dłoni odciętej na skutek wypadku, lecz nie była ona – jak wspominają starsi medycy – całkowicie oddzielona od ramienia.

W przyszłości żaden pacjent nie powinien się więc łudzić, że w bielskiej służbie zdrowia przyszyją mu uciętego penisa lub innego członka. Po prostu brak nam odpowiedniej klasy specjalistów oraz instrumentarium medycznego. Bywa natomiast tak, że szczęście dopisze i odnajdziemy doktora z pożądaną specjalizacją. Musimy się jednak wtedy liczyć z faktem, iż w trakcie wizyty będzie on zmęczony i rozkojarzony. To skutek skrajnego przepracowania, gdyż w przeciwieństwie do swoich zachodnich kolegów, nasi lekarze są zatrudnieni na kilku etatach.

Obok posady w państwowym lecznictwie, niemal każdy z nich prowadzi praktykę prywatną lub dorabia godzinami w spółdzielniach lekarskich. Za szpitalną pensję i dyżury w pogotowiu doktorzy utrzymują rodzinę, a dzięki pracy dodatkowej budują własne domy i kupują mercedesy ze skórzaną tapicerką. Jeden z pacjentów, który jest leczony kardiologicznie opowiedział nam o swoich przejściach z bielskimi specjalistami.

- Podczas prywatnej wizyty niezwykle sympatyczny kardiolog wypisał mi receptę, zapominając o obowiązku naniesienia numeru PESEL. W konsekwencji bardzo miła farmaceutka w aptece odmówiła realizacji wadliwej recepty, a traf chciał, że lekarstwa miały mi się lada chwila skończyć. Gdy następnego dnia poprosiłem o pomoc lekarza pierwszego kontaktu, ten przyjął mnie nad wyraz uprzejmie i wypisał nową receptę. Dopiero w aptece dowiedziałem się, że przez pomyłkę chciał mi zaaplikować  lekarstwo dwukrotnie silniejsze niż zalecane w mojej karcie choroby.

Są jednak sytuacje, w których skandalicznej pomyłki nie można nijak wiązać z przemęczeniem medyków. Od wiosny br. w Bielsku – Białej praktycznie zaprzestano obowiązkowych szczepień dzieci przeciw różyczce, śwince i odrze. Tymczasem na początku września może rozpocząć się okres masowych infekcji, gdy dzieciarnia pójdzie do szkół i przedszkoli.

Powód anomalii jest tyleż prosty, co oburzający - w przychodniach lekarskich w naszym mieście brakuje szczepionek. Pediatra przyjmujący w ośrodku przy ulicy Sobieskiego tłumaczy, że każdego miesiąca musi odmówić około 20 rodzicom. A czas nagli, bo lek zaczyna działać dwa tygodnie po injekcji. W tym okresie organizmy młodszych dzieci są bezradne wobec zarazków przynoszonych np. przez ich starsze rodzeństwo.

Instytucją odpowiedzialną za sprowadzanie szczepionek jest sanepid. W bielskiej stacji telefony od zdenerwowanych rodziców odbiera jakaś arogancka jejmość. Przekonuje ona, że nie jesteśmy na tyle kompetentni, aby rozmawiać o przyczynach przerwy w dostawach. Za to z całą pewnością wie, że prywatny zakup lekarstwa nie zostanie zrefundowany na podstawie rachunku z apteki. Ale w zasadzie nie mamy na co narzekać. Zgodnie z założeniami reformy służby zdrowia bowiem, sanepid dał ludziom wybór. Szczepionkę można kupić za własne pieniądze w aptece. Do nabycia są jej dwa rodzaje – po 55 oraz po 60 zł.

Autor tekstu i zdjęć - Robert Kowal