Pięciolatka z mózgowym porażeniem dziecięcym leczona była przez ponad tydzień w poradni rodzinnej, rozpoznano u niej ostrą infekcję górnych dróg oddechowych. Z dzieckiem było jednak coraz gorzej, więc rodzice przywieźli je do bielskiego Szpitala Pediatrycznego. Przyjęto je w ciężkim stanie na oddział ogólnopediatryczny, pobrano krew do badań. W nocy z piątku na sobotę, zaledwie po kilku godzinach pobytu na oddziale, u dziewczynki doszło do zatrzymania akcji serca. Lekarze podjęli reanimację, ale nie udało się przywrócić krążenia. W końcu wezwali erkę, ale i to nie pomogło. Dziewczynka zmarła. Lekarze podejrzewają sepsę, czyli ogólne zakażenie organizmu.

Intensywnej terapii w szpitalu nie ma już od tygodnia. Nie ma też ani jednego zatrudnionego na stałe anestezjologa (na planowe zabiegi dojeżdża ze Śląska). W piątek rozmawialiśmy o tym z lekarzami. Mówili nam, że boją się nieszczęścia, że szpital bez anestezjologa nie może działać. Parę dni temu trafił tam trzyletni Daniel z niewydolnością oddechową. Potrzebna była natychmiastowa pomoc anestezjologa, którego akurat zabrakło. Dziecko było w zbyt ciężkim stanie, by przewozić je do Katowic. Chłopczyk znalazł na intensywnej terapii dorosłych w bielskim Szpitalu Wojewódzkim. Po tym incydencie na oddziale intensywnej terapii Szpitala Wojewódzkiego przygotowano dwa łóżeczka dla dzieci. Nikt nie przypuszczał, że już kilkanaście godzin po rozmowie z lekarzami ich najgorsze obawy się spełnią...

Źr. Gazeta Wyborcza