W środku nocy ze środy na czwartek trzyletni Daniel zaczyna się dusić, więc rodzice wzywają pogotowie. Karetka przywozi go do "pediatryka". Lekarze stwierdzają pogłębiającą się niewydolność oddechową. Próbują założyć rurkę udrażniającą krtań. Nie udaje się, dziecko jest zbyt pobudzone. Jego stan pogarsza się z każdą minutą.

Potrzebny jest anestezjolog, który poda leki zwiotczające mięśnie. Ale nie ma go w szpitalu, bo dzień wcześniej zawieszono pracę na intensywnej terapii. Odeszły dwie ostatnie anestezjolożki. Najbliższa intensywna terapia dla dzieci jest w Katowicach. Ale to kilkadziesiąt kilometrów. Daniel może nie przeżyć transportu.

Ostatecznie chłopca zgadza się przyjąć intensywna terapia dla dorosłych w szpitalu wojewódzkim. Tu udaje się udrożnić krtań. Po paru godzinach dziecko wraca do "pediatryka", jest już w miarę dobrym stanie.

Radość z tego, że chłopca udało się uratować, miesza się u lekarzy ze strachem. - Ten szpital nadaje się do natychmiastowej ewakuacji. W takich warunkach narażamy życie małych pacjentów, bo nie jesteśmy w stanie w pełni im pomóc - tłumaczy roztrzęsiony pediatra. Jego koledzy zastanawiają się nad zawiadomieniem prokuratury, że życie pacjentów jest zagrożone. W szpitalu anestezjolog jest tylko kilka godzin na dobę: przyjeżdża ze Śląska na planowe operacje. A co się stanie, kiedy w nocy znów trafi tu dziecko w ciężkim stanie, z poważnym urazem?

Źr. Gazeta Wyborcza