Z zazdrości chciał zabić
Marta M. znała Mariusza P. z gimnazjum. W 2003 r. zostali parą. Spotykali się prawie codziennie, znali się ich rodzice. Gdy Marta M. skończyła średnią szkołę, przyjęła się do pracy w restauracji. Jej chłopak zaczął się robić zazdrosny. Podejrzewał, że inni ją podrywają. Zaczął robić jej awantury. Podczas kłótni potrafił ją uderzyć w twarz. Marta M. wybaczała mu takie zachowanie. Nikomu o nim nie opowiadała. W sierpniu ubiegłego roku, podczas nieobecności rodziców, zamieszkali razem. Nadal zdarzały się kłótnie. We wrześniu Marta M. postanowiła zakończyć związek. Mariusz P. nie przyjął tego do wiadomości. Nachodził ją, gdy spotykała się z koleżankami, wydzwaniał, śledził. - Dzień przed feralnym zdarzeniem dzwonił do niej prawie sto razy i śledził. Napisał esemesa, że będzie go miała na sumieniu. Nieco później z komórki brata wysłał wiadomość, że "Mariusz ze sobą skończył" - informuje Barbara Drzastwa, rzecznik prasowy bielskiej Prokuratury Okręgowej.
Marta M. nie uwierzyła, że odebrał sobie życie. 2 października 2006 r. umówiła się z nim, by odebrać rower pozostawiony w jego domu. Przyjechał po nią do pracy samochodem. Zauważyła, że nie jadą do jego domu. Gdy znaleźli się ustronnym miejscu, uciekła z samochodu. Mariusz P. ruszył za nią, chciał ją przejechać. Skierowała się w ul. Widok. Wyskoczył z auta, pobiegł przez łąkę, by przeciąć jej drogę. Miał przy sobie finkę. Dopadł ją. Zadał kilka ciosów. Marta M. upadła. Gdy zaczęła się bronić i wołać o pomoc, wbił jej nóż w plecy. O mało co nie uszkodził nerki i dwunastnicy. Marta M. miała sporo szczęścia. Wyjęła nóż i zaczęła uciekać. Mariusza P. spłoszyli przechodnie. Udzielili dziewczynie pomocy. Marta M. przeszła operację. Jedna z ran zagrażała jej życiu i cudem nie doszło do większej tragedii.
Źr. Dziennik Zachodni

Klauzula informacyjna ›