Niezwykłe są losy człowieka i losy wierszy. O tym, w jak przedziwny sposób mogą się splatać, opowiada Robert Karp.

Przeczytać wiersz w idealnych warunkach to prawdziwy przywilej. Można wtedy zrozumieć więcej niż zwykle. Nie chodzi o odpowiedź, co poeta miał na myśli, ale raczej co ja mam w głowie, czytając poetę. Przy czym ?idealne warunki? nie oznaczają, że muszą być one przyjemne i komfortowe. W moim przypadku było wręcz przeciwnie: było nadzwyczaj nieprzyjemnie.

Rok 1993. Zmęczony o trzeciej nad ranem w wagonie nowojorskiego metra subwayu ramię w ramię z meksykańskimi pomywaczami z manhattańskich barów, portorykańskimi kelnerami, latynoskimi handlarzami narkotyków mknąłem z zawrotną szybkością na Queens. Linia nr 7: wsiadasz na Lexington, a potem tunelem pod East River. 30 minut nocnej jazdy w sercu wielkiej metropolii, w sercu świata.
Nagle, obok wyzywającej reklamy Calvina Kleina dostrzegam na podświetlonej ścianie wagonu w stałym kąciku Poetry in Motion, w którym prezentowane są wiersze różnych poetów, znajome słowa. Ich rytm został oryginalnie wykuty w zupełnie innym języku ? języku dzieciństwa i wyobraźni. To był zew ojczyzny. Wiersz Czesława Miłosza. Brzmiał początkowo obco: We were riding through frozen fields in a wagon at dawn. / A red wing rose in the darkness.

Ale przecież polski oryginał znam na pamięć. To utwór napisany rok przed wybuchem II wojny światowej. Pośród drzemiących emigrantów z Ameryki Południowej, obok zapijaczonych bumów z 42. Ulicy powtarzam w myślach zwrotki. Dla nikogo w tym miejscu i w tym czasie nie znaczą one tyle, co dla mnie. Wśród nocnych świrów czytam je na głos. Tu nikt nie zwraca na to uwagi.

Jechaliśmy przed świtem po zamarzłych polach,
Czerwone skrzydło wstawało, jeszcze noc.

I zając przebiegł nagle tuż przed nami,
A jeden z nas pokazał go ręką.

To było dawno. Dzisiaj już nie żyją
Ni zając, ani ten, co go wskazywał.

Miłości moja, gdzież są, dokąd idą
Błysk ręki, linia biegu, szelest grud ?
Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.

Już wiem, że kiedy skończę tłumaczyć i przypominać sobie znaczenie wiersza, zanim pociąg zatrzyma się na stacji Jackson Heights, zanim rozsuną się pneumatyczne drzwi metra, zdam sobie sprawę, że moje miejsce nie jest tu na obczyźnie, ale w Polsce, że nagle odżyje we mnie całe zakorzenienie w polskim krajobrazie mowy i języka i że od tej chwili będę wiedział, czego chcę, że będę chciał wrócić do kraju. Postanowienie zawdzięczam zaledwie kilku zwrotkom. Cud. Potęga słowa. Ale nie koniec historii.

Nigdy nie myślałem, że cztery lata później opowiem o tym wszystkim samemu autorowi wiersza; że pewnego sierpniowego dnia 1997 r. siądzie obok mnie w restauracji ?Targowa? w Cieszynie i przyzna, że podpisał dawno temu kontrakt z firmami w Londynie i Nowym Jorku, i sprzedał im prawa do publikowania jego wierszy tak, aby czytali je pasażerowie podziemnych pociągów miejskich. Wtedy nie wiedział, jakie skutki może ta decyzja wywołać w czyimś życiu.

Czesław Miłosz uzna, że moja historia jest całkiem fascynująca, a ja będę mógł mu powiedzieć, że jego poezja płynie w moich żyłach. Zwierzę się mu, trochę zawstydzony intymnością swego konfesyjnego zapału, że ten jeden wiersz zdeterminował moje życie, że jestem mu za niego wdzięczny. Rozmowa, którą przeprowadzam tam w Cieszynie, kilkanaście dni po wielkiej powodzi, nie jest jednak sentymentalna. Miłosz żartuje i bawi się słowem, recytuje wiersze ks. Baki. Jest gorący dzień. Pachnie świeżym piwem i mrożoną wódką, za chwilę na stole będzie coś gorącego. W powietrzu unosi się zapach nadchodzących dobrych czasów.

Czesław Miłosz i jego głos zostali na reporterskim magnetofonie. Słyszę śmiech poety; chwilę potem ironizuje, gdy przenosimy dyskusję na zbyt wysoki poziom. Mistrz słucha mnie, jakby przypuszczał, że to, co zdarzyło mi się w Nowym Jorku, było wliczone w losy tego świata. Zapamiętałem uśmieszek mędrca, błąkający po jego twarzy. Rozbawiony, ale i skupiony na rozmówcy. To był, bardzo możliwe, najważniejszy wywiad w moim życiu, a w istocie przypominał pogawędkę. Spodziewałem się wyjaśnień rzeczy ostatecznych, a usłyszałem w zamian kilka zabawnych historyjek. Ale było też coś więcej. Jakaś wielka zaduma nad splotem okoliczności, przypadkowością ludzkiej egzystencji. Pamiętam jego uścisk dłoni i iskry radości z powodu czekającego obiadu. Miłoszowska zmysłowość świata na wyciągnięcie ręki.

Przywilej zrozumienia wiersza i poznania jego autora rzadko chodzą w parze. Nie mówię, że zrozumiałem, że poznałem, ale byłem bardzo blisko samej tajemnicy poezji. Otarłem się o nią. Czy artykuł ten pomieści niejednoznaczność tego wspomnienia? Nie z żalu pytam, ale z zamyślenia.


Czesław Miłosz gościł w Cieszynie 6 sierpnia 1997 r. podczas letniego kursu Szkoły Języka i Kultury Polskiej. Przeczytał niektóre swoje wiersze i wysłuchał tłumaczenia wiersza ?Wyznanie? w kilku językach. Honorarium za spotkanie poeta przeznaczył dla ofiar lipcowej powodzi na Śląsku Cieszyńskim.