Ulica Kreatywna
Kreatywni Streetworkerzy
Historia Ulicy Kreatywnej zaczęła się w 2015 r. Wtedy to grupa osób związanych z bielskim oddziałem Towarzystwa Psychoprofilaktycznego, którym nieobojętny był los dzieci spędzających swój wolny czas na ulicach miasta, skrzyknęła się i postanowiła dać im jakąś odskocznię od trudów codzienności. Na sposób działania obrany został tak zwany „streetworking”, czyli „praca podwórkowa”. Nazewnictwo stanowi tu pewien problem, ponieważ w Polsce oficjalnie nie ma takiego zawodu jak streetworker. Natomiast to, co ktoś taki robi, sprowadza się do rozpoznania potrzeb dzieci i młodzieży w danej okolicy, poznania lokalnej infrastruktury, a także metod i środków ewentualnych działań i następnie – podjęcia prób zdobycia zaufania dzieci i młodzieży. Gdy to już się uda, streetworker może zabrać się za właściwą pracę – w miarę regularnie spotykać się z uczestnikami, oferować im ciekawe zajęcia, zachęcać do podejmowania własnych inicjatyw, a przede wszystkim – słuchać i być dostępnym wtedy, gdy tego potrzebują.
Pierwszym miejscem, w którym pojawili się streetworkerzy z Ulicy Kreatywnej, były okolice ul. Montażowej. Te czasy wspomina jeden z twórców inicjatywy, Jarosław Warzecha: Zbieraliśmy się i prowadziliśmy działalność na boisku przy tej ulicy. Niedaleko, przy Komorowickiej, znajduje się też nasz pierwszy obiekt – lokal, który na potrzeby młodych ludzi pozyskaliśmy w pierwszym okresie działań. To był 2015 r., a my na boisku przy ul. Montażowej pojawialiśmy się w soboty od 10.00 do 13.00. W 2016 r. mieliśmy już 12 wyszkolonych wolontariuszy. W późniejszych latach, dzięki pozyskiwanym środkom, zaczęliśmy pracować również w innych rejonach Bielska-Białej, a punkt przy Komorowickiej stał się placówką wsparcia dziennego w formie pracy opiekuńczej. A zaczęło się od tego, że szukaliśmy miejsca do składowania wykorzystywanych przez nas sprzętów do pracy na ulicy – hula-hopów, piłek, rzutków, stackline’ów. Taki mieliśmy początkowo pomysł – że będziemy z młodymi ludźmi prowadzić gry i zabawy. Mieliśmy też wyobrażenie, że od początku będziemy pracować z młodzieżą. Oczywiście, to całkowicie rozminęło się z rzeczywistością. Po latach już wiemy, że pracę trzeba zacząć od najmłodszych, którzy ściągną do nas rodziców. Dopiero jakiś czas później, korzystając z tego, że byliśmy już „na rynku od lat” i staliśmy się rozpoznawalni, zaczęli trafiać do nas również nastolatki.
Priorytety
Od samego początku bardzo ważne dla nas są dwie rzeczy: staramy się bazować na relacji z drugim człowiekiem, opierać ją o uważne słuchanie, zbudować ją i wzmacniać, a po drugie, stosujemy pozytywną profilaktykę. Gdy się wejdzie na naszą stronę, to łatwo zauważyć, że świat staramy się przedstawiać w kolorowych barwach – są tam kolorowe fotografie zrobione podczas ciekawych zajęć. Ponadto, w żaden sposób nie chcemy nikogo stygmatyzować – wskazywać, że to dzieci biedne, gorsze, w jakiś sposób pokrzywdzone przez los. Staramy się w przestrzeni publicznej w ogóle nie poruszać tematyki szarej codzienności. A jak pozyskać zainteresowanie? Uważnością i stałością – gdy dorosły przychodzi i jest jedynym czy jednym z nielicznych dorosłych, który ma czas dla młodego człowieka, wie, o co zapytać, a przy tym daje przestrzeń do wyrażenia siebie, to z czasem młoda osoba obdarzy go kredytem zaufania. Przez tych parę lat już wielokrotnie przerabialiśmy to, że nagle dzieciaki przestały pokazywać się na ulicy, nie przychodziły do klubu, nie pojawiały się na zajęciach, ale my mimo to musieliśmy być zawsze. Bo gdy taka osoba ma kryzys, potrzebuje spotkać się z kimś, kto jej wysłucha, to wtedy idzie do nas w ciemno i nie może się zawieść, ktoś musi na nią czekać. W ten sposób dajemy im poczucie bezpieczeństwa.
Ekipę Ulicy Kreatywnej początkowo tworzyło dwanaście osób, które były przeszkolone jako streetworkerzy. Jak wspomina kierownik Ulicy: Szkoliliśmy się u Aniołów Stróżów u siostry Anny Bałchan. I tu pozwolę sobie na drobną dygresję. To zabawna sytuacja, bo Towarzystwo Psychoprofilaktyczne jeszcze przed 1998 r., jako jedno z pierwszych w Polsce, wprowadzało streetworking. I ówczesna kadra Towarzystwa szkoliła również kadrę Aniołów Stróżów, która z kolei… przekazała swoją wiedzę nam – „nowemu narybkowi” Towarzystwa Psychoprofilaktycznego (Ulica Kreatywna jest jedną z form, w jakich działa TP, przyp. DBP). W tej chwili mamy około 20-osobowy zespół, a większość z nas ma wykształcenie pedagogiczne. Mamy do dyspozycji psychologa, prawnika, terapeutów – w tym również terapeutę uzależnień.
Z ulicy pod dach
Praca na ulicy to dopiero początek, bo dzieci i młodzież powinny znaleźć także jakieś zajęcia, a te trzeba gdzieś przeprowadzić. Ulica Kreatywna to zatem także kilka miejsc, w których młodzi ludzie mogą się ze sobą spotkać, porozmawiać z dorosłymi, miło i aktywnie spędzić czas. W tym momencie są to trzy placówki wsparcia: dwie w formie opiekuńczej – na Komorowickiej i Sixt Wam przy ul. Mickiewicza 24, a także placówka w formie pracy podwórkowej, w ramach której działa „drop-in centre”, gdzie dzieciaki mogą napić się herbaty czy po prostu pobyć ze sobą. Drop-in mieści się przy ul. Piastowskiej 4 (w ubiegłym roku punkt otwarty był codziennie, natomiast teraz tylko dwa razy w tygodniu). Szczególna uwaga należy się placówce przy ul. Mickiewicza 24, noszącej nazwę Sixt Wam. Została ona „przejęta” od MOPS-u, i z racji tego, gdzie się mieści (w Willi Sixta znajdują się biura i sale wystawowe Galerii BWA), a z racji odkrycia różnych talentów u uczestników, pracy w tym miejscu nadano bardziej artystyczny wymiar. Dzieci uczęszczają tam m.in. na warsztaty teatralne, z linorytu, plastyczne, ceramiczne czy wyrobu biżuterii z koralików. Jednak jest to przede wszystkim przestrzeń do spotkania z pozytywnie nastawionymi do świata dorosłymi, którzy nie oceniają, nie naznaczają, tylko słuchają i podpowiadają, jak realizować zamierzenia. Miejsce to inspiruje młodzież do działania, a w jaki sposób? O tym dalej opowiada Jarosław Warzecha: Którejś środy młodzi z Sixt Wam postanowili, że przygotują na piątek wernisaż wystawy swoich prac. Twierdzili, że oni to „ogarną”, więc wychowawcy uznali, że czemu nie, niech się uczą. Nie chcieliśmy studzić ich zapału, ale mieliśmy przekonanie, że to nie wyjdzie najlepiej. Ja nawet o tym prawie zapomniałem i w sobotę odebrałem o 13.00 telefon od Kasi, która jest kierownikiem tej placówki, z pytaniem: „gdzie jesteś?, przecież wernisaż jest!”. Powiedziałem, że dojadę, myśląc, że może będzie tam kilka osób. A tu okazało się, że przyszły tłumy! Ciężko było się przecisnąć, bo młodzi pościągali swoje rodziny i znajomych. To było genialne wrażenie, bo ja w ogóle w przygotowaniach nie uczestniczyłem, a efekty przerosły moje najśmielsze oczekiwania. To była totalna niespodzianka. A Kasia też wcześniej „nieopacznie powiedziała”, że jak się uda, to pójdziemy z tym dalej. No i „musiała” się udać do ratusza, by zorganizować wystawę, która przez miesiąc była eksponowana w tamtejszym hallu.
Jak można się domyślić, dużym problemem, na jaki napotykają bielscy streetworkerzy, jest finansowanie. Środków zawsze jest mniej, niżby chciało się mieć do dyspozycji. Także z tych powodów działalność Ulicy czasami jest mniej, a czasami bardziej intensywna. Środki są pozyskiwane z europejskich i rządowych funduszów: Funduszu Inicjatyw Obywatelskich czy Europejskiego Funduszu Społecznego, Środków EOG. Nieobojętne na działania Ulicy jest też miasto, a w ostatnich latach także wojewoda śląski. Udaje się także zyskać wsparcie okolicznych firm, a także przeprowadzić skuteczne akcje jednorazowe, jak np. ta z udziałem ojca Adama Szustaka, który zorganizował zrzutkę na swoim kanale Youtube’owym. I jakoś to się kręci, choć może się wydawać, że to studnia bez dna.
Zachęcić do działania
W tym wszystkim najważniejsze jest, by zaktywizować młodzież, zachęcić ją do działania. Dobrym przykładem jest tu inicjatywa o nazwie „Zawodnicy na dzielnicy”, czyli organizowane od kilku lat rozgrywki piłkarskie, które cieszą się sporym zainteresowaniem i potrafią budzić olbrzymie emocje uczestników. Początkowo pomyślano je tak, by zgłoszone drużyny rozgrywały ze sobą mecze na wyznaczonych przez siebie boiskach i jedna z nich występowała w roli gospodarza. Chodziło o to, by młodzież poczuwała się do odpowiedzialności, o czym opowiada Jarosław Warzecha: Chcieliśmy, żeby młodzież przygotowała boisko, zadbała o nie, żeby byli goście, gospodarze, a my organizowaliśmy tylko sędziów. Ale ta formuła „Zawodników na dzielnicy” się szybko zmieniła. Mieliśmy i rozgrywki ligowe, i pucharowe, i jednorazowy turniej. Cały czas szukaliśmy odpowiedniej formuły na zorganizowanie imprezy i przyznam, że w tym roku trochę nas to przerosło, bo zgłosiło się za dużo chętnych. Zawodnicy stają się rozpoznawalni, Ulica Kreatywna jest coraz lepiej znana, więc łatwiej nam trafić do określonych środowisk i to miało wpływ na coraz większe zainteresowanie. Ale jeśli ma się do dyspozycji jedynie dwuosobowy zespół, który ma te wszystkie mecze obsłużyć, to robi się ciężko. Do tego mieliśmy ograniczenie czasowe, bo chcieliśmy skończyć rozgrywki przed końcem roku szkolnego, a mogliśmy grać tylko w poniedziałki, środy i sporadycznie czwartki. Liczba meczów była dla wychowawców ogromna – wręcz zabójcza”. Co charakterystyczne dla inicjatyw Ulicy Kreatywnej, także w postaci „Zawodników na Dzielnicy”, to dawanie młodzieży pola do działania. Uczy ich w ten sposób odpowiedzialności, a także wyrażania swoich poglądów i potrzeb. Mieliśmy – kontynuuje opowieść szef Ulicy Kreatywnej – zebrania kapitanów, na których ustalaliśmy zasady: kategorie wiekowe, regulamin rozgrywek, terminarz. Spotkania te miały też służyć do rozwiązywania różnych kwestii spornych, „kwasów”, a tak się złożyło, że były takie sytuacje. Gdy pojawiał się jakiś „wałek”, to zwoływaliśmy spotkanie i to młodzież miała rozstrzygać, w jaki sposób rozwiązać dany problem. Nie było to dla nich takie oczywiste, bo przecież zawsze takie sprawy rozwiązują dorośli! Teraz był np. problem z kategorią wiekową zawodników. My przedstawiliśmy im możliwe rozwiązania, ale wybór należał do nich – skończyło się walkowerami w dwóch kategoriach, więc „poszło na grubo”. Na finale nie mieliśmy wszystkich drużyn, bo niektórzy się poobrażali. Ale to jest element pracy z nimi – piłka nożna w tym wydaniu jest narzędziem do pracy z dzieciakami.
Innym ważnym przejawem działania Ulicy Kreatywnej jest organizowana co roku dla mieszkańców i tych, którzy Bielsko-Białą odwiedzają, gra miejska „Mały Wiedeń”. Regularnie odbywają się też Warsztaty Teatralne dla dzieci i młodzieży, które prowadziła kiedyś Krystyna Pryszczyk, a obecnie Barbara Rau. Na wysokim miejscu w rankingu działań, które pozwalają najefektywniej pracować z uczestnikami, są „wypady survivalowe”, o czym tak opowiada Jarek Warzecha. Wyjeżdżamy w takie miejsce po starej szkole w Soblówce, gdzie może nocować nawet 30 osób. Są tam dwie kuchnie, ogród, boisko do siatkówki, miejsce do rozpalenie ogniska i jest to też genialny punkt startowy do wypadu w góry. Jak przyjeżdżamy tam z młodzieżą, to omawiamy zasady pobytu, wyznaczamy dyżury, zakres obowiązków, m.in. zachowanie porządku, przedstawiamy też to, co przygotowaliśmy dla nich na czas pobytu – czy to jest siedzenie i gadanie, czy planszówki, a może warsztaty, wyjście w góry, czy będzie ognisko, a może rozbijemy namioty. Generalnie – staramy się, by było tam jak w domu – przygotowujemy posiłek, sprzątamy, uczymy się szacunku dla siebie, szanowania swoich granic. Jest to fantastyczne miejsce do pracy z młodzieżą – jak mówi jeden z nas, Kuba, przez dwa dni w Soblówce jest w stanie zrobić więcej niż przez pół roku na ulicy. Młodzi ludzie uwielbiają to miejsce, podobnie zresztą jak my.
Dlaczego są potrzebni?
Jak zaczynaliśmy pracę w Bielsku-Białej – opowiada prowadzący Ulicę Kreatywną – to spotykałem się z opinią, że w mieście nie ma dzieci ulicy, że co my tu robimy, co to ma być, że nie ma żadnych problemów. A już w pierwszym roku działalności musieliśmy się wycofać z jednej z galerii handlowych, bo było tam za dużo narkotyków, handlu ciałem… to było tak namacalne, widoczne gołym okiem, że nie mogliśmy w to uwierzyć. Zwłaszcza kiedy np. po szkoleniu z substancji psychoaktywnych człowiek wychodzi na ulicę i wszędzie widzi „coś”. To, że mieszkamy w fajnych domach, nasz status społeczny jest przyzwoity, nie znaczy, że wszyscy tak mają. Niejednokrotnie, wchodząc do domów uczestników naszych działań, łapaliśmy się za głowę, widząc przeróżne warunki. Ale z drugiej strony, co było zaskakujące, widać było ogrom miłości, jaką obdarzane są często dzieci z najbiedniejszych rodzin. Ludzie mają inne zasoby, inne metody wychowawcze od naszych, ale to nie znaczy, że one są złe. Są po prostu inne. Największym problemem – moim zdaniem, bo pewnie nie wszyscy wychowawcy, z którymi pracuję, się z tym zgodzą – jest brak relacji. My – dorośli – „wiemy lepiej, co dziecko powinno robić w swoim życiu”, a potem narzucamy tę wolę dzieciom, a to może prowadzić wyłącznie do problemów. Dlatego mamy takie pomysły jak np. ten, by taki przedmiot jak „Wychowanie do życia w rodzinie” prowadzili młodzi ludzie – nastolatki. To w zasadzie nie nasz pomysł, tylko młodzieży, a my go popieramy i w końcu może uda nam się go zrealizować. A co sprawia, że nasze działania są tak potrzebne? Oprócz tych standardowych bolączek: biedy, przemocy seksualnej, alkoholizmu, narkotyków, handlu ciałem, wykorzystywania młodych ludzi, poważne wyzwania, jakie ostatnio znacznie częściej diagnozujemy, to kryzysy związane z tożsamością płciową czy kryzysy psychologiczne.
Poważnym problemem są też narkotyki. Nie da się ukryć – opowiada Jarosław Warzecha – że część naszych podopiecznych ma jakieś związki z narkotykami. I dla mnie największym szokiem było, gdy dowiedziałem się, kto z naszych uczestników sprzedaje narkotyki. Nie pasuje do wizerunku, jaki mamy wyrobiony gdzieś tam w głowach, bo to niepozorny, mały, drobniutki chłopak. Zupełnie nie da się go zestawić z tym, co robi. Najtrudniejsze jest to, że my chcemy bazować na pozytywnej profilaktyce i pozytywnym obrazie, a siłą rzeczy, trafiając do osób, które mają największe wyzwania przed sobą, my będziemy naznaczeni przez społeczeństwo. Tak było z naszą pierwszą placówką crop-in centre. Mieściła się wcześniej na Sixta, ale wyrzucono nas stamtąd, bo przeszkadzaliśmy sąsiadom – bo było za głośno – młodzież głośno słuchała muzyki, przeklinała, grała głośno w ping-ponga, paliła papierosy przed wejściem, jak tak można? W efekcie czego placówkę przenieśliśmy i mieści się teraz przy ul. Piastowskiej. Chcę tu zwrócić uwagę na źródło wielu problemów. Dorośli mają tendencję do tuszowania, niewidzenia pewnych spraw, uważają, że jak coś nas nie dotyczy, to tego nie ma. Ale że my pracujemy z młodzieżą, to w tym procesie wszystkie – pewnie w jakiś sposób uciążliwe czy kłopotliwe dla innych – zachowania wypływają na światło dzienne. Bo muszą gdzieś wypłynąć, ich nie da się schować. Pamiętam, jak rozdaliśmy koszulki z naszym logiem czy plecaki – a później okazało się, że część dzieciaków – w tych plecakach i koszulkach – wchodzi w konflikt z prawem i np. jest zatrzymywana przez policję. To była, że tak powiem, „średnia reklama” naszych działań, ale przecież nie możemy zostawić tych dzieciaków, obrazić się na nie. Oczywiście, są też inne problemy, bo gdy w grupie mamy z piątkę czy szóstkę dzieci dilujących narkotykami, to zgłaszają się do nas rodzice, którzy często nie widzą problemów w swoich rodzinach – zawsze je łatwiej widzieć u innych – a nas oskarżają, że to „wy na tej Kreatywnej tworzycie patologię, uczycie ich złych rzeczy”. I w ten sposób jesteśmy czasem naznaczani.
Może i naznaczeni. Ale i z satysfakcją, że podopieczni znajdują pozytywne wzorce i odskocznię od nie zawsze kolorowej rzeczywistości, że „mogą być bohaterami choćby przez jeden dzień”.
Notował i opracował Dobrosław Barwicki-Picheta
Autor:
Dobrosław Barwicki-Picheta




Klauzula informacyjna ›