Profesor Marek Trombski przed ponad 50 laty przyjechał na pół roku do Bielska-Białej, by w grupie wykładowców różnych specjalności otworzyć Filię Politechniki Łódzkiej. To był rok 1969, a półrocze… ciągnie się do dziś.

Jak wyglądały jego pierwsze lata? To był dom naznaczony Historią. Matka przedostatniego  wojewody bielskiego była z wykształcenia historyczką. Dziadek Józef Kamala-Kurhański  został zamordowany w Auschwitz w 1941 r. Został tam dosłownie zatłuczony przez Niemców. Udało się ustalić, że ojciec  Marka Trombskiego, Anatol Kamala-Kurhański, wachmistrz podchorąży rezerwy 1 pułku Szwoleżerów Józefa Piłsudskiego zginął pod Rejowcem, a dokładniej koło wsi Bzite między Rejowcem a Krasnymstawem, gdzie został pochowany na cmentarzu. Ojciec, pośmiertnie mianowany  podporucznikiem, zginął w 1939 r., a mama w 1947 ponownie wyszła za mąż, za Henryka Trombskiego, który usynowił wówczas 10-letniego Marka. Ojczym był adwokatem z  przekonania, ale został nim dopiero po wojnie i przez wiele lat był kierownikiem 1. Zespołu Adwokackiego w Łodzi. Przed wojną pracował na kolei, a podczas wojny był oficerem AK. Jakby tego było mało, inni męscy członkowie jego rodziny byli aktywni na wielu różnych frontach wojennych. Jeden z wujków, Stefan Soboniewski, który przed wojną był starostą w Kaliszu, wprawdzie nie służył w wojsku, jednak gdy przedarł się na Zachód, skończył tam podchorążówkę i został oficerem w II Korpusie Andersa. Potem przez wiele lat był prezesem Światowej Federacji Polskich Stowarzyszeń Kombatanckich na Zachodzie, a pod koniec życia również redaktorem naczelnym czasopisma „Dziennik Polski i Dziennik Żołnierza”. Drugi stryj, Mirosław Kamala-Kurhański, skończył wojnę jako kapitan Dywizji Maczka. Nie wrócił już do kraju, ożenił się na Zachodzie i już tam został. Był magistrem praw. Po wojnie mieszkał najpierw w Brukseli, ożenił się z córką profesora i zrobił doktorat, a ostatecznie osiadł we Francji. Młody człowiek, którego życie tak mocno naznaczyła Historia, nie mógł się zatem nią nie zainteresować. I właśnie historia stała się jedną z jego największych pasji, co widać, oglądając gabinet wypełniony książkami i artefaktami związanymi z wojskowością. Wspomina to tak: Zawsze interesowałem się książkami. Udało mi się w młodości wygrać konkurs wojenno-morski, w którym nagrodą był rejs po Bałtyku. Niestety, nie spełniałem warunków, by się na niego załapać – byłem politycznie podejrzany ze względu na pochodzenie – w zamian dostałem 3000 zł.

Na jednej ze ścian gabinetu widzimy kolekcję broni białej. Na płachcie znajdują się: kopie szabli kawaleryjskich – górna to tasak piechoty z czasów napoleońskich, na klindze znajduje się wygrawerowana dedykacja dla rodziny. Druga w kolejności szabla kawaleryjska pochodzi z czasów Księstwa Warszawskiego – profesor dostał ją od jednego z doktorantów, doktora inżyniera Arkadiusza Trąbki, którego ojciec hobbystycznie zajmował się ich wyrobem. Są tam też szable z 1917 r., z 1921 i ostatnia z 1934 r. Na dole znajdują się szaszka rosyjska, której używała I Brygada Kawalerii i szabla austriacka. Do ściany przypięte są także odznaczenia, m.in. Krzyż Armii Krajowe, należące do ojczyma Marka Trombskiego, który służył całą wojnę w AK. Są też odznaczenia teścia Jerzego Piorun-Sobieszczańskiego, oficera 5 pułk Ułanów Zasławskich, Instruktora Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu i oficera AK. Szpada górnicza ma dedykacje od górników, a kordzik oficerski od Kombatantów z Polski – ten należał do wujka.

Jak wspomina Marek Trombski, Historia zawsze była moją pasją, także dlatego, że moja matka była historykiem z wykształcenia. Gdy Niemcy weszli do naszego domu, to spalili na stosie prawie wszystkie książki dziadka, kilka się tylko zachowało, bo nie było ich w domu. Mam jedną książkę z 1899 r. – exlibris mojego pradziadka Stanisława Laskowskiego- dziadka mojej mamy, znanego w Warszawie na przełomie XIX i XX wieku Kolekcjonera i dziadka Stanisława Zimińskiego –ojca mamy, w latach 20. XX wieku współzałożyciela Wyższej Szkoły Nauk Społecznych i Ekonomicznych w Łodzi, do której nawiązuje Uniwersytet Łódzki. To historia 1 pułku lekkokonnego gwardii Napoleona, który walczył pod Somosierrą. Są w nim bardzo ciekawe dokumenty, rysunki. Zaprezentowano w niej dzieje każdego z oficerów. Lektura ta bardzo mocno działała na wyobraźnię – za sprawą kolekcjonerskiej pasji dziadka i pradziadka, szczególnym upodobaniem cieszyły kampanie napoleońskie. Okazuje się, że książka ocalała, bo dziadek podarował ją mojej matce, która wzięła ją ze sobą do Wieliczki. Ojciec był tam prawnikiem w kopalni soli, matka była nauczycielką, a książka trafiła gdzieś do sąsiadów na przechowanie – ludzie jednak sobie podczas okupacji pomagali. Dzięki temu się przechowała. Książka została napisana po francusku – polskie imiona występują w niej w wersjach francuskich. Ukazało się niedawno tłumaczenie polskie, wydane przez wydawnictwo Napoleon V w Oświęcimiu, ale bez tabelek z przebiegiem służby oficerów.

W centrum zainteresowań stała więc głównie historia wojskowości, konfliktów, ale, jak twierdzi ostatni wojewoda bielski,  zawsze interesowałem się też gospodarką – tak się przecież składa, że najintensywniejszy postęp powodowały wojny. Bardzo w rozwoju hobby pomagały też podróże: Z Anglii starałem się przywozić książki, również o wojsku brytyjskim. Mam też o powstaniu armii izraelskiej. Zwiedzałem też cmentarz pod Monte Cassino i tam było pełno grobów polskich żołnierzy narodowości żydowskiej. Część z nich, wędrując z armią Anderska przez Bliski Wschód, została w Izraelu. Ale Anders nie pozwolił ich ścigać, mimo że oddzielili się od armii z bronią. Jednak część szła dalej i walczyła w kolejnych bitwach. Byli tam i komandosi, z których sporo zostało na szlaku.

Zainteresowanie historią pokrywało się także z podróżami po drzewie genealogicznym. Profesor Trombski wychował się w Łodzi, gdzie była bardzo duża różnorodność wyznań i narodowości. Rektorami Politechniki byli ludzie najróżniejszych wyznań, od katolików walczących, przez Izraelitów, po muzułmanów. Jak twierdzi wychowanek tej uczelni, świetnym rektorem był Osman Achmatowicz –który pochodził z krymskich książąt tatarskich. On miał dwóch synów – Osmana i Selima – oni również zostali profesorami. Nieprzypadkowe było zainteresowanie historią Tatarów na ziemiach polskich. Pierwsza duża grupa Tatarów osadziła się w Polsce za czasów Jana III Sobieskiego. W Wojsku Polskim przed wojną był pułk tatarski, który walczył w 1920 r., a w 13. Pułku Ułanów I Szwadron był szwadronem tatarskim. W Polsce do dziś są tatarskie wioski i zwiedzałem je. Jest podejrzenie nawet, że moja rodzina pochodzi z Tatarów, ale nie ze szlachty, tylko z jeńców tatarskich. W rodzinie wiele lat temu pojawiło się nazwisko Kamala, które pochodzi od wielbłąda

Pożarnictwo

Zaangażowanie w nie przyszło dość niespodziewanie. W naszym regionie była tradycja, że prezesem straży pożarnej zostawał szef administracji. W związku z tym u świeżo nominowanego wojewody pojawiła się delegacja Związku Ochotniczych Straży Pożarnych Rzeczypospolitej Polskiej województwa bielskiego, by zaoferować mu objęcia funkcji prezesa wojewódzkiego. I tak zostałem prezesem ZOSPRP województwa bielskiego – wspomina wojewoda. – Jako że byłem rezerwistą wojskowym, to chodzenie w mundurze nie stanowiło dla mnie problemu i w przeciwieństwie do mojego poprzednika – nie miałem problemów, by się jako szef ujawniać. Potem pojawił się u nas Waldemar Pawlak i zapytał, czy nie chciałbym zostać wiceprezesem Zarządu Głównego. I tak wylądowałem w Zarządzie Głównym – 20 lat byłem zastępcą Pawlaka.

Zainteresowanie tą dziedziną rodziło się już w dzieciństwie. Jako mały chłopak jeździłem do rodziny na wieś. I tam z kuzynami biegaliśmy za strażakami-ochotnikami. Ale strażakiem nie chciałem być. Pamiętam, że na tej wsi, w Kamyku pod Częstochową  któregoś razu kupiono motopompę strażacką. Było wielkie święto i cała wieś tym żyła. I ja do tej pory to pamiętam komendanta tej straży pożarnej, druha Szaflika. Miałem wtedy może 12 lat. Z czasem zacząłem też dostrzegać, jak wielką rolę spełnia OSP. To nie tylko zadania związane z pożarnictwem – gaszenie pożarów czy pomoc przy wypadkach drogowych. To również pomoc wzajemna przy żniwach, to działalność kulturalna – konkursy kronik strażackich, orkiestr, zespołów tanecznych. Koła gospodyń wiejskich i OSP to jest w tej chwili praktycznie cała siła wsi. To jest takie „wojsko gminne”. Weźmy taką powódź, jak była w 1997 r. w naszym regionie. Z jej skutkami w największej liczbie walczyli właśnie strażacy z OSP. PSP czy wojsko nie miało wystarczających zasobów ludzkich, więc cała Żywiecczyzna zmagała się z żywiołem głównie rękami strażaków z OSP. Ale to też dlatego, że dawne województwo bielskie miało bardzo dobrze zorganizowaną strukturę OSP. I bogatą – niektóre miejscowości mają i po cztery wozy strażackie! A jak jeździłem gdzieś na wschód, to było przykro patrzeć. Nawet w okolicy Łodzi wygląda to zupełnie inaczej niż u nas.

Województwo bielskie – czy jest sens walki o jego przywrócenie?

Teraz wydaje mi się, że to nie ma sensu. Trzeba umocnić to, co jest. W momencie, gdy dochodziło do reformy administracyjnej, byłem zdania, że to jest absurdalny pomysł. Należało wzmocnić makroregiony. Makroregion południowy, w którego skład wchodziłyby województwa bielskie, opolskie, częstochowskie i katowickie. Dać takiemu tworowi większą władzę i tyle, a nie rozwalać coś, co dobrze funkcjonuje. Stworzono tylko powiaty, które nie mają żadnej siły. Województwo było trochę większe, więc mogło dysponować większymi środkami na inwestycje niż powiat.

Góry i Bielsko

To właśnie chyba największa z pasji profesora ściągnęła go do Bielska-Białej. Powód był banalny – z Łodzi do filii w Bielsku-Białej miał zostać oddelegowany najniższy stopniem i wiekiem pracownik naukowy z Katedry Wytrzymałości Materiałow. Ale on miał problemy z sercem, a Marek Trombski już wtedy uwielbiał góry. Szefowie to skojarzyli i zaproponowali mu „zsyłkę”, ale wrócić miał już po semestrze. Jednak został tu ponad pół wieku… I bardzo dobrze wspomina swoich studentów, z którymi chętnie podróżował, także na morzach i jeziorach, bo kolejną z pasji jest żeglarstwo. Pływał nie tylko na Mazurach, wiatry gnały go na Bałtyk i dalej, nawet do Holandii, do Amsterdamu. Relacje ze studentami, gdy zostawali już pracownikami naukowymi, przeradzały się w przyjaźnie, które owocowały ciekawymi anegdotami. Jedna z nich zrodziła się gdzieś w górach. Podróżnicy przyjęli, że będą się do siebie zwracać z uprzejmością i po tytułach naukowych: panie magistrze, panie docencie… I tak zawędrowali gdzieś na jakąś półkę skalną nad Morskim Okiem, na której niemiłosiernie wiało. Któryś w tych warunkach poprosił: panie docencie, poproszę linę, ale się nie doczekał, bo docent nie dosłyszał. Powtórka nie była już tak uprzejma: „dajesz tę linę, czy k… nie?”.