- Podbeskidzie konsekwentnie, kolejnymi decyzjami działaczy pracuje na spadek z ekstraklasy, który teoretycznie, akurat w tym roku, nie miał prawa się wydarzyć - pisze Michał Trela.

(...) Media wymagają opinii czarno-białych. Ten nieudacznik, ten bohater. Pozwólcie, że nie wejdę w te ramy. W rzeczywistości, jest sporo odcieni szarości.

O odcieniach szarości można mówić w przypadku decyzji o zwolnieniu Leszka Ojrzyńskiego. Ci, którzy mieszkają dalej od Bielska, starali się robić z niego bohatera i stawiać mu pomniki. Ci, którzy mieszkali w Bielsku i okolicy, mieszali go z błotem. Ja mam mieszane uczucia. Trener Ojrzyński osiągnął najlepszy wynik w historii Podbeskidzia, tak w zeszłym, jak i w tym sezonie. Zgoda. Miał jednak zdecydowanie najlepszy skład w historii Podbeskidzia. Ten dzisiejszy to trzecia najbardziej doświadczona drużyna w lidze. Taki Robert Kasperczyk pracował z ludźmi, którzy w Podbeskidziu przeżywali szczyt kariery i w tym klubie pierwszy raz dostali prawdziwą szansę w ekstraklasie. Porównywanie materiału ludzkiego, z jakim pracowali Ojrzyński, Kasperczyk czy Michniewicz, mija się z celem. Za czasów wszystkich poprzedników Ojrzyńskiego, Podbeskidzie ściągało graczy, na których nie spojrzał już nikt inny. Za czasów Ojrzyńskiego ściągano kapitana innej drużyny ekstraklasowej czy młodzieżowego reprezentanta Słowacji. Gdyby Ojrzyński nie zrobił lepszego wyniku od poprzedników, byłby nieudacznikiem. Zrobił, więc nie jest, ale nie czyni to z niego od razu bohatera. (...)

Nie jest prawdą, że Ojrzyński stracił szatnię. Stracił część szatni. Pod koniec rundy jesiennej zabrał zawodników na spotkanie integracyjne, na którym wszyscy mieli wyrzucić sobie, co im się nie podoba, by oczyścić atmosferę. Potem wszyscy mieli mieć czystą kartę. Najwięcej wyrzucali kapitan Marek Sokołowski i doświadczony lider obrony Dariusz Pietrasiak. Po spotkaniu Pietrasiak został zesłany do rezerw na całą rundę, choć wcześniej przez większość czasu grał w podstawowym składzie. Sokołowskiego uratowało, że ma za sobą całe bielskie środowisko, z prezesem na czele. Niektórzy zawodnicy co miesiąc płacili kilkaset złotych kary za nadwagę, podczas gdy inni, nawet z nadwagą widoczną z wysokości trybun, przypadkiem pracujący z trenerem w innych klubach, kary unikali. To nie jest normalne i zawodnikom miało prawo się nie podobać. Ale znowu – nic nie jest czarno-białe. Są w szatni Podbeskidzia zawodnicy, którzy po zwolnieniu Ojrzyńskiego chcieli pakować walizki i zwijać się z klubu, nawet jeśli wcześniej nie grali w Koronie Kielce.

Ja Leszkowi Ojrzyńskiemu nie stawiałbym pomnika, co nie oznacza, że bym go zwolnił. Trener pracował na tyle dobrze, by pozwolić mu dokończyć sezon i dać szansę wydźwignięcia zawodników z dołka. Nigdy nie szanuję klubów, które zwalniają zasłużonych trenerów przy pierwszej możliwej okazji. Życzę im spadku. Z Podbeskidziem mam problem, bo przecież wychowałem się na tym stadionie i w tym mieście. Nie będę siebie oszukiwał, że życzę temu klubowi spadku, ale… tak się nie robi.

Zwolnienie Ojrzyńskiego dałoby się oczywiście uargumentować, co próbowałem udowodnić wyżej, gdyby zatrudnić w jego miejsce lepszego trenera. Podbeskidzie zwolniło jednak trenera, który miał sporo wad, ale jednak do wykonania bardzo ambitnego celu zabrakło mu naprawdę niewiele i zatrudniło trenera, który nawet gdyby był wybitny, nie powinien mieć prawa ponownego wstępu do bielskiej szatni. A wybitny nie jest. (...)

Z tego co jednak słychać i biorąc pod uwagę, jak niektórzy mieli dość Ojrzyńskiego, szatnia Kubickiego zaakceptowała. Piłkarze uznali ponoć argument, że każdy przyjąłby ofertę za takie pieniądze i deklarują, także przy wyłączonych dyktafonach, że z Kubickim chcą pracować. Bardzo szybko zaczęli wbijać szpileczki Ojrzyńskiemu. Gdy tylko ograli beznadziejny wówczas i przegrywający z każdym Bełchatów, Maciej Iwański stwierdził, że Podbeskidzie wreszcie pokazuje, że potrafi grać w piłkę, a nie tylko za nią biegać. Niektórzy zaczęli się już dopatrywać ręki Kubickiego, co oczywiście zweryfikowały mecze z Piastem, Ruchem i Cracovią. Piłkarze zachwycali się, że na treningach wreszcie bawią się piłką, ale zupełnie nieświadomie zatracili waleczność, którą mieli u Ojrzyńskiego. Ostatni raz było ją widać w meczu z Zawiszą, w którym Kubicki debiutował. Wtedy przez 75 minut grali tak, jak nowy trener nakazał, czyli bezsensownie wymieniając piłkę w środku boiska, nabijając statystyki posiadania piłki, nie stwarzając żadnego zagrożenia, ale gdy przegrywali, wrócili do gry z czasów Ojrzyńskiego - na chaos - i strzelili dwa gole. Wtedy Kubicki po raz pierwszy - i nie ostatni - powiedział, że chłopcy pokazali, jak bardzo chcą dla niego pracować. (...)

Odpowiedzialność musi pójść na górę. A konkretnie, na zachód, do Stanów Zjednoczonych, gdzie prezes Borecki świętuje aktualnie wesele syna. Oczywiście ślub syna jest okolicznością, w której wyjazd jest absolutnie usprawiedliwiony. Trzytygodniowy wyjazd w czasie, gdy drużyna toczy walkę o byt, w sytuacji, gdy kończy się 19 kontraktów, uzasadniony już nie jest. Podbeskidzie - wbrew pozorom - ma pod wieloma względami potencjał, by być za parę lat tam, gdzie prezes Borecki chciałby je widzieć. Niestety, swoimi decyzjami ciągnie klub tam, gdzie nie chciałby go widzieć. Mam wrażenie, że w Podbeskidziu przynajmniej do dzisiaj, nikt nie rozumiał, że Podbeskidzie naprawdę może w tym roku spaść z ligi. A futbol wiele razy pisał już scenariusze, w których, gdy nie było pieniędzy i perspektyw, zespoły robiły wyniki ponad stan, a gdy pieniądze i perspektywy były, spadały z ligi. Ten sezon dobitnie pokazuje, że Podbeskidzie, by być liczącą się drużyną w Polsce, potrzebuje nie tylko boiska treningowego, stadionu, piłkarzy czy trenera. Potrzebuje też głowy, czyli miejsca, od którego ryba się psuje.

Foto: tspodbeskidzie.pl

Michał Trela (cały tekst dziennikarza "Przeglądu Sportowego")