- Moje serce nadal bije dla Walcowni. Chcę pomóc drużynie odzyskać markę, którą dawny RKS posiadał jeszcze w IV lidze - mówi o kulisach powrotu w rodzinne strony Tomasz Kozioł.

Środkowy pomocnik od kilkunastu dni trenował z przedstawicielem bielskiej okręgówki. - Nie ukrywam, że w moim przypadku problemem jest praca. Zawód ratownika medycznego to niełatwy kawałek chleba. Trudno byłoby mi to pogodzić z grą w Jasienicy, gdzie trener Kościelniak buduje mocny zespół - tłumaczy.

Możliwość pozyskania zawodnika związanego z Czechowicami szybko zwietrzyli działacze MRKS. - Do powrotu namawiał nie tylko zarząd, ale również Mateusz Żyła. Można powiedzieć, że poszedłem w jego ślady - tłumaczy i szybko dodaje: Moje serce nadal bije dla Walcowni. Chcę pomóc drużynie odzyskać markę, którą dawny RKS posiadał jeszcze w IV lidze. Tutaj się urodziłem i stawiałem pierwsze kroki w piłce - uśmiecha się Kozioł, który zdaje sobie sprawę, że od współpracy z popularnym "Żyłką" będzie zależało najwięcej na boisku.

- Kluczowe może być nasze doświadczenie. W zespole widać spory potencjał. Jest kilku perspektywicznych, poukładanych mentalnie młodych zawodników, którzy swoją walecznością będę nas wspierać. Nad wszystkim czuwa charyzmatyczny trener Michał Gazda - opowiada o MRKS. Ale jeszcze w barwach LKS-u Czaniec zawodnik o mały włos nie zakończył gry w piłkę.

- Podczas jazdy na snowboardzie uderzył we mnie narciarz i doszło do stabilnego złamania kręgosłupa. Trafiłem do specjalistycznego szpitala w Siemianowicach Śląskich, rehabilitacja trwała siedem miesięcy. Z doświadczenia wiem, że takie urazy często kończą się wózkiem inwalidzkim. W moim przypadku było inaczej. Ktoś tam z góry nade mną czuwał... - kończy Kozioł.

bak