 Polska jawi się na tle pogrążającego się w recesji i stagnacji zachodniego świata jako oaza spokoju i gospodarczej prosperity. Zawdzięczamy to głównie - twierdzą ekonomiczne autorytety - tysiącom drobnych przedsiębiorców, którzy nie bacząc na makroekonomiczne wskaźniki, prą do przodu, rozwijając swoje niewielkie biznesy.
Z drugiej jednak strony - przekonywał nas pewien ogrodnik spod Czechowic-Dziedzic - lokalne władze robią niewiele, aby właśnie takim niedużym firmom pomagać, czasem wręcz rzucają kłody pod nogi. Tak jakby lokalni urzędnicy nie rozumieli, że przecież gminy „żyją” z podatków płaconych w dużej mierze właśnie przez takich przedsiębiorczych ludzi jak on. I nie chodzi nawet o wielkie utrudnienia, lecz o drobne uciążliwości, które sprawiają, że aż nie chce się dalej prowadzić interesu.
Karol Czyż, ogrodnik spod Czechowic, od ponad 30 lat prowadzi swój kwiatowy interes. Codziennie wcześnie rano pakuje kwiaty do niewielkiego osobowego forda i rozwozi pachnący towar do kilkunastu okolicznych kwiaciarni. I nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, zwłaszcza że biznesmen-ogrodnik nie skarży się na swój los, gdyby nie pewien kłopotliwy szczegół. Otóż jedna z kwiaciarń, do której od blisko 30 lat dostarcza towar, usytuowana jest w centrum Bielska-Białej przy ulicy Stojałowskiego, w budynku dawnej Wojewódzkiej Spółdzielni Ogrodniczej. Tymczasem obok tego budynku nie ma gdzie zaparkować, aby wyładować z samochodu kwiaty. Jedyne miejsce, które się do tego nadaje, to bardzo szeroki w tym miejscu chodnik dla pieszych. Problemem jest to, że obowiązuje na nim zakaz zatrzymywania się i postoju pomiędzy 9.00 a 18.00.
- Nie zawsze jestem w stanie zdążyć na czas. Zazwyczaj każdego ranka muszę odwiedzić siedem lub osiem kwiaciarni otwieranych właśnie około dziewiątej, poza tym na drogach raz są korki, innym razem nie. Trudno więc wszystko tak zgrać, aby dotrzeć na Stojałowskiego wtedy, gdy można się tam legalnie na chodniku zatrzymać - tłumaczy ogrodnik.
Gdy się spóźni, zaczynają się kłopoty. Dawniej - przez ponad dwie dekady - gdy zakaz postoju i zatrzymywania się na chodniku nie obowiązywał, problemów nie było. Gdy przepisy w tej kwestii się zmieniły - pojawiły się kłopoty. I to jakie! - Najpierw, jakieś trzy lata temu, musiałem nawet zapłacić za przyjazd holownika, który straż miejska wezwała na miejsce, aby usunąć mój samochód. Kilka miesięcy później chciano mnie ukarać mandatem, lecz odmówiłem jego przyjęcia - mówi Karol Czyż nie kryjąc, że dobrze zrobił, ponieważ sąd grodzki, który rozpatrywał jego odwołanie, uznał go za niewinnego.
Mniej szczęścia miał jednak ostatnio, kiedy po raz któryś odmówił zapłacenia mandatu i sprawa trafiła przed oblicze Temidy. - Tym razem sąd był mniej dla mnie łaskawy i ukarał mandatem oraz zasądził koszty postępowania. W sumie mam zapłacić 230 złotych. I to za co? Za to, że raz, góra dwa razy w tygodniu, na dziesięć, piętnaście minut zatrzymuję się na chodniku obok kwiaciarni - nikogo przy tym nie blokując - aby wyładować towar - oburza się na swój los ogrodnik dodając, że ironią losu jest to, iż to między innymi za jego pieniądze, gdy był jeszcze członkiem WSO, wybudowano budynek przy Stojałowskiego, w którym funkcjonuje od tego czasu kwiaciarnia.
Trudno skomentować tę historię. Wszak na znaku zakazu napisane jest jak byk, że w godzinach od 9.00 do 18.00 zatrzymywać się tam nie wolno. Z drugiej jednak strony, co ma zrobić dostawca kwiatów, aby dostarczyć towar? Zwłaszcza że zaparkować w centrum Bielska-Białej o tej porze nie sposób. Można oczywiście zamknąć kwiaciarnię, przy której nie mogą zatrzymywać się dostawcy. Potem - skoro nie będzie komu dostarczać kwiatów - można zlikwidować działalność ogrodniczą. Ale nie o to chyba przecież chodzi?
Bielscy strażnicy miejscy przyznają, że są w takich sytuacjach postawieni pod ścianą. Z jednej strony nie mogą przymykać oka na łamanie prawa. Są z tego rozliczani. Z drugiej jednak strony rozumieją oburzenie dostawców mających problemy z dotarciem do zaopatrywanych przez siebie sklepów. Lecz to nie straż miejska ustawiała zakazy i ustanawiała ograniczenia w ruchu na bielskich ulicach. Strażnicy tylko egzekwują te zakazy. Z ich wypowiedzi wynika też, że bardzo często sytuacja wygląda nieco inaczej niż zwykli ją przedstawiać kierowcy samochodów dostawczych.
- Jeśli faktycznie ktoś zatrzyma się na kilka chwil, aby wyładować towar, samochód w tym czasie jest otwarty, światła awaryjne włączone, to zazwyczaj kończy się to jedynie na pouczeniu. Co innego, gdy auto dostawcze stojące na zakazie jest zamknięte na głucho, a jego kierowca w tym czasie załatwia swoje sprawy na mieście - tłumaczą bielscy strażnicy.
Tekst i foto: Marcin Płużek
.jpg)
|