 Miniony rok był pracowity dla bielskich strażaków. Interweniowali aż 3377 razy. Wbrew nazwie tej formacji, tylko 25 proc. działań straży pożarnej polegało na gaszeniu pożarów. Ok. 70 proc. stanowią interwencje przy miejscowych zagrożeniach, a pozostałe pięć procent, to… fałszywe alarmy.
W roku 2009 bielscy strażacy niemal 160 razy wyjeżdżali na akcję z powodu fałszywych alarmów. Prawie 70 zgłoszeń było w „dobrej wierze”. Oznacza to, że ktoś zauważył dym lub zdawało mu się, że poczuł gaz, itp. Później okazało się, że to sąsiad palił liście w ogrodzie, drugi jakieś cuchnące świństwo w kominku, a jeszcze inny ognisko na prywatnej posesji. Czasem zauważony dym wydobywał się po prostu z czyjegoś komina.
Choć ostatecznie takie interwencje były niepotrzebne, to strażacy nie potępiają przejawów obywatelskiej i sąsiedzkiej czujności. Potępiają natomiast sprawców 12 innych zgłoszeń, które definiują jako złośliwe. W zeszłym roku anonimowi informatorzy dzwonili trzykrotnie do Miejskiego Stanowiska Kierowania PSP twierdząc, że pali się samochód. Sześć razy dyżurny odebrał telefoniczną informację o pożarze budynku, lecz po dojeździe we wskazane miejsce strażacy nie stwierdzili śladów ognia.
Skrajna głupota
Nie bójmy się użyć ostrych słów. Tych 12 zgłoszeń było przejawem skrajnej głupoty, nieodpowiedzialności, znieczulicy, a przy okazji - nieznajomości prawa. Tymczasem wszczęcie fałszywego alarmu wymuszającego niepotrzebną interwencję określonych służb jest zagrożone karą aresztu, grzywny lub ograniczenia wolności. Dodatkowo, sabotażysta będzie musiał ponieść koszty przeprowadzonej akcji.
Co innego, jeśli fałszywy alarm sprowokuje np. ewakuację szpitala, co wiąże się z narażeniem życia i zdrowia ludzi na niebezpieczeństwo. Wtedy żartowniś może trafić do więzienia nawet na trzy lata. Rzeczniczka bielskiej policji Elwira Jurasz zaznacza, że wykrywalność sprawców tego rodzaju przestępstw jest coraz większa. Są oni szybko ustalani i zatrzymywani. Średni koszt niepotrzebnej akcji wynosi 450 zł, co w rozliczeniu rocznym daje kilkudziesięciotysięczne kwoty.
Patrycja Pokrzywa z PSP zwraca uwagę na jeszcze inny aspekt takich alarmów. Nawet jeśli nie wymuszają one żadnej ewakuacji, to i tak stwarzają realne zagrożenie. Jeśli do zdarzenia pojadą dwa zastępy składające się łącznie z 12 osób, a w jednostce pełni służbę 22 lub 23 strażaków, to na miejscu pozostanie ich mniej niż połowa obsady etatowej. Gdy w tym samym momencie dojdzie do prawdziwego zagrożenia, to może się okazać, że siły straży nie wystarczają do opanowania żywiołu.
Monitoring oszukuje
Do opisanych wyżej przypadków w ostatnich latach coraz liczniej dołączają fałszywe alarmy z monitoringu. - Coraz więcej firm montuje u siebie czujki dymowe i monitoring - tłumaczy komendant miejski PSP Adam Caputa. - Niestety, nie zawsze ich systemy działają sprawnie. My natomiast musimy pojechać do każdego alarmu. Patrycja Pokrzywa: - Czasem zdarza się, że właściciel lokalu zmienia funkcje użytkową pomieszczenia, nie zgłaszając nikomu przeróbek. Np. przerabia magazyn na kuchnię i umieszcza piec zaraz nad czujką...
Obecnie monitoring posiadają już prawie wszystkie centra handlowe, supermarkety, szpitale, hotele, banki, budynki użyteczności publicznej i duże garaże. Zdarza się, że przy systemie wykonywane są roboty serwisowe, o których nikt strażaków nie informuje. Czasem podczas robót dochodzi do zmian napięcia. System wtedy wariuje i automatycznie wysyła informację o zagrożeniu do Miejskiego Stanowiska Kierowania. Samoczynne włączenie zdarza się też przy zawilgoceniu pomieszczeń czy choćby myciu samochodu, gdy gorąca para wodna uruchamia czujkę. Bywa, że wozy strażackie mkną kilka razy w to samo miejsce, a później okazuje się, że system jest wadliwy.
Strażak dobry na wszystko
Duża ilość interwencji straży pożarnej wynika też z przeświadczenia znacznej części społeczeństwa, że kiedy ktoś nie umie sobie z czymś poradzić, to najlepszym wyjściem z sytuacji jest telefon na numer 998. Bo rzekomo ratownicy muszą nam pomóc. Dlatego widzimy wozy strażackie jeżdżące do usuwania gniazd szerszeni czy zbijania sopli. Tymczasem tak naprawdę tego rodzaju czynności nie należą do obowiązków strażaków.
- Od trzech lat zmniejszamy ilość wyjazdów do zdarzeń związanych np. z szerszeniami oraz do zrzucania śniegu z dachów - mówi komendant Caputa. - Początkowo byliśmy za to krytykowani, lecz teraz nawet w Komendzie Wojewódzkiej PSP przyznają nam rację. Od usuwania niebezpiecznych owadów są odpowiedni fachowcy, a sople i śnieg na dachu, to zmartwienie administratorów budynków. My możemy dostać dużo poważniejsze zgłoszenie, kiedy akurat nasi strażacy będą siedzieli na drzewie i zajmowali się owadami.
Magdalena Dydo |